Blogi trenigowe
Nasz blog treningowy - stąd dowiecie się co się u nas dzieje :-) Jeśli kogoś interesują nasze treningowe perypetie, tu będzie mógł do woli zaspokoić swoją ciekawość.
2012, tygodnie 16 – 17.
Okres pomaratońskiego lenistwa mi zdecydowanie służy. Naprawdę świetnie mi się biega lajtowo i mało, jednocześnie regularnie odwiedzając basen i jeżdżąc rowerem zarówno na co dzień (30km na dystansie dom-praca-dom) jak i w weekendy (dłuższe wyprawy za miasto, na razie do 70km). Przez poprzednie dwa tygodnie wychodziłem sobie potruchtać 3 razy w każdym tygodniu, z czego w każdą sobotę były to zajęcia Biegam Bo Lubię w Toruniu, które serdecznie polecam każdemu.
Skoro ostatni wpis rozpoczął się piosenką to może warto muzycznie spuentować ubiegłe 3 tygodnie? Podejmując się tego zadania spośród wielu godnych kandydatów zacytuję Kubę Sienkiewicza w melodyjnej piosence „Wszystko Ch…”. Tak pokrótce można podsumować to co działo się u mnie ostatnio. Dla tych, którym taki zwięzły pakiet nie wystarczy dalsza część wpisu.
2011, tygodnie 11-12.
„Dzisiaj rano niespodzianie zapukała do mych drzwi, wcześniej niż oczekiwałem przyszły te cieplejsze dni” – cieszcie się, że nie słyszycie jak sobie nuciłem Grechutę w tym tygodniu, takiej traumy wam nie życzę. Ponieważ jestem jednak dobrym człowiekiem śpiewałem tylko w zaciszu domowym. Żaden przypadkowy przechodzień nie został skrzywdzony tymi przerażającymi dźwiękami.
2011, tydzień 10.
Tydzień ten można określić mianem tygodnia powrotu do normalności. Pogoda coraz bardziej wiosenna, motywacja gdzieś tam puka do drzwi, a i z psychiką nie jest już tak źle jak poprzednio. Niedawno skręcona kostka prawie już nie boli, a po 2-3km truchtu nie boli właściwie wcale. Do tego wszystkiego rodzi się nadzieja, że może uda się do maratonu zniwelować zniżkę formy spowodowaną trzema tygodniami porażki.
2011, tygodnie 8-9.
Delikatnie mówiąc dobrze to nie było. W skrócie moja motywacja przyziemiła jak Tupolew z podobnym skutkiem. Żenująca sytuacja – szczególnie, że nie ma żadnych fizycznych przeciwwskazań dla tego żebym napierał i tłukł kilometry. W tygodniu 8. poszedłem pobiegać aż jeden raz… Do tego 2 baseny i zero rowerowania, bo ciągła plucha i temperatury okołozerowe sprawiaja, że na rower to ja na pewno nie wyjdę.
2012, tygodnie 4 – 7.
Oj długo nie mogłem się zebrać do napisania paru słów. Chyba zimowa niepogoda i ciągle zajęte weekendy wypompowały mnie z energii. Nie mogę jednak pozostawić swoich wiernych czytelników (o słodka naiwności!) i Faddaha, który tu potajemnie zagląda, samych sobie. Tym samym TBM wraca po przerwie spowodowanej powiedzmy zamrożeniem weny - taka jest moja wersja i jej będę się trzymał. Wcale nie jestem leniwy! :P
2012, tydzień 3.
Kolejny tydzień pod tytułem „WTF has just happened?”. Nic nie zapowiadało dobrego tygodnia, jednak wyszło jeszcze gorzej. Plan był następujący 4 treningi biegowe, 2 baseny i 2 rowerowania. Więcej czasu na moczenie lub też odgniatanie części ciała gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę nie było. W piątek znowu wyjeżdżałem na weekend.
2012, tydzień 2.
To był zdecydowanie dziwny tydzień. Zawsze tak mam po leniwym przyjemnym weekendzie, że ciężko mi wbić się z powrotem w rytm. Do tego 16. stycznia idę do RCKiK, więc na razie zostałem przy przesuniętym o 1 dzień planie biegowym. Oznaczało to wtorek, czwartek, sobotę i niedzielę na tupanie, a w międzyczasie rower i basen 3-4 razy.
2012, tydzień 1.
Bieganie bieganiem, a tu w międzyczasie zmienił się rok. Jeśli wierzyć wróżbitom, to nasz (kolejny) ostatni rok, więc warto go dobrze zacząć i jeszcze lepiej spożytkować. Mój rozpoczął się w tym roku tradycyjnie od sylwestrowej imprezy gdzie fajerwerki strzelały tak gęsto, że na głowy sypał się nam popiół, a szampan lał się strugami jak na podium formuły I. Po życzeniu wszelkim znajomym (i sporej grupie nieznajomych) wszystkiego naj grzecznie udaliśmy się na spoczynek.
2011, tydzień 51. i 52.
Czyli w skrócie święta, święta i po świętach, a w gratisie sylwester. Wspomniane święta i sylwestra spędziłem kolejno w Gdańsku i Toruniu w międzyczasie dwukrotnie odwiedzając Bydgoszcz, co niestety ograniczyło moje możliwości trenowania wszystkich zaplanowanych dziedzin. Rower został więc smutny w Warszawie, ale żeby się z tej depresji nie roztelepał za bardzo zostawiłem mu czepek do towarzystwa. Zdecydowanie nie chciało mi się w szukać czynnego basenu czy to w Gdańsku czy to w Toruniu. Na wyprawę pojechały ze mną jedynie buty.


Blogi trenigowe